Przeskocz do treści

Tuk-tuk… stuk-puk…

Październik 12, 2009

Tuk-tuk to nic innego jak tajski pojazd, odpowiednik hinduskiej rikszy. Trzykołowy samochodzik, bez okien ani drzwi jako takich potrafi pomieścić na tylnym siedzeniu 2-3 osoby, natomiast przednie siedzenie zarezerwowane jest dla kierowcy. Ta śmieszna nazwa pochodzi od dźwięków, jakie wydaje tuk-tuk, a trzeba wiedzieć, że jest to pojazd niesamowicie głośny. Przejażdżka tajską rikszą to niesamowita frajda. Pomimo spalin, które wdycha się z powodu braku okien w tuk-tuku jeździ się naprawdę dobrze i szybko. Mały tuk-tuk świetnie sobie radzi na zatłoczonych i zakorkowanych ulicach Bangkoku.

Na przejażdżkę tuk-tukiem zostałam namówiona przez przypadkowo napotkanego mieszkańca Bangkoku, który biorąc do ręki mapę stolicy zaznaczył długopisem miejsca, które powinnam koniecznie zobaczyć, po czym kiwnął palcem na kierowcę tuk-tuka i wytłumaczył mu po tajsku, gdzie powinien mnie zabrać. Takim oto prostym sposobem znalazłam się w tuk-tuku z kierowcą, który o dziwo mówił po angielsku. Moja trasa wyglądała następująco: Grand Palace, mało znana świątynia Buddy Desanukaram, sklep z materiałami,  Wat Saket – czyli Złota Góra oraz Statua Wolności. Wszystko za 20 tajskich bahtów czyli jakieś 1.80 polskich złotych.

Najpierw mój kierowca zatrzymał się przy mało znanej świątyni buddyjskiej. Prócz mnie i kierowcy nie było tam nikogo. Jedynie opiekun świątyni przyszedł, aby otworzyć nam drzwi i oprowadzić po małej świątyni. W między czasie wywiązała się między nami rozmowa o Polsce. Okazało się bowiem, że mój przewodnik był w tych stronach i że chciałby jeszcze kiedyś przylecieć do Polski.

Po tej krótkiej wizycie w świątyni mój kierowca przywiózł mnie do fabryki materiałów. Jeszcze siedząc w tuk-tuku powiedziałam mu, że wcale nie mam ochoty wchodzić do sklepu, że i tak nic tam nie kupię i że nie jestem w ogóle zainteresowana materiałami. On jednak poprosił, abym i tak weszła na chwilę do sklepu, nie zamierzając nawet nic kupować. Domyśliłam się szybko, że kierowcy w Bangkoku dostają dodatkowe „wynagrodzenie” za przywiezienie turystów do fabryki. Bo a nuż któryś z bogatych turystów skusi się na ręcznie wykonany materiał, a może da się też namówić na uszycie klasycznej tajskiej sukni. Ja jednak nie miałam w kieszeni tyle pieniędzy, aby kupować bardzo drogi materiał, ani też chęci wchodzenia do tego sklepu. Jednak na prośbę kierowcy weszłam do środka, zadałam sprzedawcy 2 pytania po czym wyszłam i poprosiłam kierowcę, aby zawiózł mnie w kolejne miejsce. Potem to już rozmowa się jakoś nie kleiła. Mój kierowca obraził się chyba na mnie, że nie zdecydowałam się na zakup materiału.

Tak więc kierowca tuk-tuka pokazał mi pozostałe miejsca w Bangkoku warte zobaczenia, po czym wysadził mnie przy placu wolności, skąd musiałam iść już dalej na pieszo…

About these ads
Jedna uwaga leave one →
  1. mariusszz permalink
    Marzec 16, 2010 8:58 pm

    Niezła historia. I do tego naprawdę ciakawa. Jak już będziesz babcią, to będziesz co miała opowidać wnukom :P

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: